Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. C. Norwida w Zielonej Górze

   
  Strona główna
  Od redakcji
 
  Varia
  Recenzje
  Kronika lubuska
  Książki Nadesłane
  Autorzy numeru
   
  Numery archiw.
   
 
 
 

KAROL MALISZEWSKI

 
 
Autentyzm lubuski. Wokół antologii
 

Sytuacja obcowania z antologią poetycką znacznie odbiega - moim zdaniem - od ideałów niezakłóconego odbierania-przeżywania wypowiedzi lirycznej. Prezentacja w antologii ma zawsze charakter szczątkowy, fragmentaryczny, a także okazjonalny. Nie sposób zgłębić charakteru twórczości poszczególnego autora, bazując na dwóch, trzech jego tekstach. Poza tym antologia chce być zazwyczaj reprezentatywną księgą danego regionu literackiego, ma przez nią przemówić w pierwszym rzędzie region jako duchowy konglomerat, a nie osobowość czy poszczególność sama w sobie. Coś, co jest sensem liryki (prywatność, pojedynczość) staje się tu swoistą, epicko zestawioną, mozaiką poszczególnych głosów, polifonią gatunków, stylów i intencji. A więc refleksje czytelnika antologii poetyckiej wydają się być również okazjonalne, impresyjne. Jeśli ma się do czynienia z tak dużym bogactwem światów odmiennych, to trudno o ujednoliconą, skonkretyzowaną opinię. Siłą rzeczy, moja wypowiedź na marginesie kolejnej antologii poetyckiej będzie mieć taki właśnie, nie do końca zobowiązujący charakter jednej wielkiej impresji, za co bardzo czytelnika przepraszam.
Czas i region. Te dwie rzeczy ważne, wyraźnie wyeksplikowane na początku. Tym bardziej wytrącające pióro z ręki. Bo, jak powiadają panie redaktorki Antologii poezji lubuskiej pt. Mieszkam w wierszu Małgorzata Mikołajczak i Beata Mirkiewicz - "prezentuje się [w niej] półwieczny niemal dorobek poetycki lubuskiego środowiska literackiego". Tu trzeba więc historyka literatury i regionalisty w jednej osobie, żeby unieść ów ogrom w jednym, w miarę zgrabnym, artykule. Regionalne sąsiedztwo nie przekłada się automatycznie na swobodę i dowolność w pisaniu o literaturze Ziemi Lubuskiej, sąsiadującej z moim rodzinnym Dolnym Śląskiem. Tak samo czasowa rozpiętość nie wskazuje jakoś szczególnie na moją osobę, bo cóż ja mogę wiedzieć o heroicznych początkach zagospodarowywania słowem Ziem Odzyskanych przez pisarzy lubuskich?
Chyba staje się jasna perspektywa tego tekstu. Otóż, biorę do ręki książkę i coś zauważam, co jest jednoznaczne z tym, że czegoś nie zauważam. Coś mi się spodobało. I to jest wszystko. Więcej nie potrafię. Kilkaset wierszy i ja im się przyglądam. Niektóre gdzieś tam w środku osadzają się na dłużej. Nie jestem teoretykiem, nie jestem historykiem. Pewnego wieczoru wpadła mi do rąk zielona książka z wytłoczonym, złotym tytułem. Nie chcę mówić o jakiejś regionalnej swoistości, o estetycznych wyróżnikach poezji lubuskiej. W ciągu pięćdziesięciu lat przez lubuską scenę kulturalną przewinęło się wiele osób piszących lub usiłujących pisać wiersze. Benedyktyńska praca Mikołajczak i Mirkiewicz zaowocowała księgą podsumowującą tę kulturotwórczą działalność. Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna w Zielonej Górze zapisała na swoim koncie bardzo szlachetną inicjatywę zebrania rozproszonych strumyków w jeden potężny nurt "lubuskiej poezji". Autorzy (i ich rodziny) wykupili nakład, ukazały się w prasie jakieś recenzje, odbył się wieczór, rozrosła się półka z napisem "regionalia". Normalna praktyka wszystkich prowincjonalnych ośrodków od Podlasia po Kociewie. Ale co z tego zostaje w czytelniku z zewnątrz, jaki to ma sens nie tylko kronikarski, regionalny, kulturotwórczy?
Brak wierszy Wojciecha Czerniawskiego. To bolesne. Ja nie wiem, co to jest "poezja lubuska", natomiast wiem doskonale, co to jest "poezja Wojciecha Czerniawskiego". Właściwie - wiedziałem. Bo od wielu lat nie mam z nią kontaktu, autor nigdzie wierszy nie drukuje. Liczyłem na antologię w uzupełnieniu moich braków w tym zakresie. Cieszmy się zatem tym, co jest. Zupełnie nie interesują mnie rozważania dotyczące peryferyjności literatury lubuskiej, jej sytuowania się poza centrami i brakiem tu jakichś wybitnych nazwisk wiodących współczesnej literatury polskiej. Sądzę, że to tylko kwestia czasu i sprytnych zabiegów socjotechnicznych, aby któreś z nowych nazwisk lubuskich wywindować na owe rzekome parnasy współczesności. Skoro Tokarczuk mieszka koło Nowej Rudy, a Andrzej Stasiuk w Beskidzie Niskim... W każdej chwili można wypromować nazwisko twórcy spod Nowej Soli czy Szlichtyngowej. Tyle że nie każdy chce się poddać takiej ostentacyjnej "medializacji", nie zawsze tego typu szum służy literaturze i literatowi. Jakoś wolę ciszę wokół twórcy, spokój wokół wierszy pisanych w Gierałtowie czy Szprotawie. Proszę mi wierzyć, tworzy się wówczas zupełnie inna perspektywa odbioru pozbawionego nerwowego pośpiechu i doraźnej ekscytacji.
Te prawie pięćdziesiąt lat to czas tworzenia literatury lubuskiej przez trzy generacje pisarskie. Tak właśnie redaktorki ułożyły zgromadzony materiał - wiersze podzielono według zasady biograficznej. W części pierwszej spotykamy takie nazwiska, jak: Bronisława Wajs-Papusza, Irena Dowgielewicz, Bolesław Soliński, Zdzisław Morawski, Henryk Szylkin, Janusz Koniusz, Ireneusz K. Szmidt, Anna Tokarska, Janusz Werstler, Andrzej K. Waśkiewicz, Władysław Klępka. Gdy czyta się utwory najstarszych autorów antologii, ma się przed oczami polskie życie literackie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, gdy czyta się teksty drugiej fali generacyjnej (już urodzonych na tych ziemiach), to widzimy te wszystkie studenckie turnieje jednego wiersza i pisemka literackie tak charakterystyczne dla lat siedemdziesiątych. I wreszcie najmłodsi, zaledwie garstka pozostająca w rozproszeniu, będącym charakterystycznym znakiem nowej poezji. Przemawia przez to niechęć do zrzeszania się, do tworzenia pokoleń i pisania manifestów. Mamy tu jakby trzy odmienne postawy, stany świadomości literackiej, trzy formy literackiej kultury. Wspólne zamieszkiwanie określonego regionu geograficzno-kulturowego łagodzi ewentualny konflikt między tymi postawami, formami rozumienia literackiego bycia. Wszyscy autorzy jakoś się w końcu odnajdują w tej wspólnej przestrzeni.
Już wracam do pojedynczych wierszy. Nie wiem, czy są najwybitniejsze. Zwracają na siebie uwagę, przyciągają wzrok. Pytam więc o ponadczasowość... Na przykład Irena Dowgielewicz. Ciągle żyje w wierszach z cyklu "Tutaj mieszkam". Te cztery ujawnione w antologii przenoszą w czasie, zatrzymując w metafizycznym pryzmacie chwilę, trwanie, konkret poszczególnego losu. I czytam w notce, że Irena Dowgielewicz zmarła piętnaście lat temu w Gorzowie. Siła tekstu lirycznego polega na tym, że unieruchamia jakąś banalną chwilę, że to coś tak bardzo ulotnego zastyga jak skrzydło komara w bryle bursztynu. Że głos sto czy piętnaście lat temu zmarłej osoby wciąż wykłóca się o swoje i dodaje coś do rytmu uderzeń serca nowego, następnego czytelnika.

***
Tutaj mieszkam. Szafa jak primadonna
oglądana z galerii w roli Toski,
książki pluton piechurów wytrwałych,
czułe zebry kaloryferów,
mucha zbija powietrze na pianę,

puste miejsce na lewkonie
i krzesło twoje.
To wszystko. Ach, jeszcze w niedzielę
biała ćma satelita żarówki
i "Tomek Sawyer".

Czuła epopeja samotności. I ja mieszkam, i ty mieszkasz, mamy swoje szafy, kaloryfery, żarówki, drobne chwile wypłukiwane z pędzącej materii. Głód życia i tych rzeczy zwykłych, które jakoś porządkują trwoniony czas. Kupuję koks przed wrześniem, naprawiam zegar, dotykam opuszkami palców sztywnej wypukłości zimnej pościeli. A za jakiś czas będziemy szukali pocieszeń, usprawiedliwień, rozpaczliwie czepiając się ostatnich dostępnych gestów. Tak jak w tym wierszu Dowgielewicz, który kończy się dystyngowanym, a jednak błagalnym, szeptem: "A może, gdybyśmy posadzili jeszcze w tym roku karłowate jabłonie?" Nic, nic nas nie ocali. Może tylko kiedyś fragment wiersza czytanego w antologii pryśnie komuś w oko...
Druga część antologii. Cieplej, cieplej... Chcę przez to powiedzieć, że bliski jestem utożsamienia z tą generacją. Nazwiska dobrze znane z literackiej prasy. Laureaci rozmaitych konkursów, bohaterowie Leszinowych serii. Czuje się jak w domu ten, kto dojrzewał w cieniu "Nowego Wyrazu"",Integracji"",Radaru" i tym podobnych czasopism. Kazimierz Furman, Mieczysław Warszawski, Czesław Sobkowiak, Wojciech Śmigielski, Jolanta Pytel, Eugeniusz Kurzawa, Waldemar Mystkowski, Czesław Markiewicz, Ewa Soroko, Romuald Marek Jabłoński, Grażyna Rozwadowska-Bar. Ale często bywa tak, że regionalne antologie usiłują zmumifikować czyjś dorobek i przedstawiają kogoś, kto pisania zaniechał, jako wiecznie obiecującego debiutanta. W tym kontekście martwi uwiąd talentu świetnego niegdyś poety, jakim był Waldemar Mystkowski. Z drugiej strony cieszy twórcza aktywność, wręcz twórcza erupcja, takich poetów jak Markiewicz, Sobkowiak, Śmigielski czy Jabłoński. Ich stała, długoletnia obecność w lubuskim życiu literackim wydaje się być ostoją wartości literackich z prawdziwego zdarzenia. "Cechuje go wrażliwość na słowo, a przede wszystkim dążność do własnej prawdy o otaczającym świecie, o drugim człowieku, do którego intencjonalnie adresowane są jego wiersze(...). Potrafi również z dystansem spojrzeć na samego siebie. Potrafi być nawet okrutny w tej dociekliwości. I właśnie tam, gdzie próbuje odpowiedzieć: kim się w różnych sytuacjach jest, jakie sytuacje determinują nasz los, osiąga najlepsze efekty" - pisze Czesław Sobkowiak o Mieczysławie Warszawskim. To wszystko prawda, ale dla mnie zostanie Warszawski autorem jednego wiersza, drukowanego w rozmaitych pokonkursowych antologiach i wreszcie w tomiku Gość samego siebie. Chodzi o Moją najwierniejszą czytelniczkę, tekst napisany w konwencji autentyzmu spod znaku bardziej Czesława Mirosława Szczepaniaka niż Tadeusza Nowaka czy Józefa Barana. Zresztą, co nas obchodzą niegdysiejsze znaki, kiedy stajemy przed tajemnicą bezczasowości przekazu, czystego liryku ciągle poruszającego jakieś czułe w nas struny. Wiersz ten wydał się również ważki i znaczący dla redaktorek tomu, bowiem to właśnie z niego zaczerpnęły tytuł.

Moja najwierniejsza czytelniczka

Widzisz, znów mieszkam
W wierszu. Idę przez wioskę
Jak przez wysokie śniegi. Wychodzisz
Na próg: ubrana w powszedniość,
Biel skroni i ręce pomarszczone
Ziemią. Nie mówimy
O poezji. Prowadzimy najszczerzej
Naszą zwyczajną rozmowę:
- Jesteś?
- Jestem.

Matka idzie do ludzi. Niesie
W ręku wiersz. Powiada: - To
Mój syn napisał.

Ta pogoda, czym się zanosi

Na ślady autentyzmu na modłę lubuską (te wszystkie "złote łany", żniwowania z matką, nadodrzańskie powidoki itp.) natrafiamy również w wierszach Czesława Sobkowiaka. Oczywiście, to nie te fragmenty decydują o wartości liryki Sobkowiaka i być może są czymś marginalnym na tle całości. Charakterystycznym rysem tak postrzeganego autentyzmu jest mitologizacja pierwotnych doznań. Poeta wraca do dzieciństwa traktowanego jako niemal sakralna przestrzeń pewności i oparcia. Dzieje się tak również w niektórych wierszach Warszawskiego, Markiewicza, Jabłońskiego i innych. Waloryzowanie czasu przebiega wzdłuż linii opadającej. Jego początki związane były z najwyższą jakością przeżycia, z intensywnością i sugestywnością. Pierwszym przeżyciom towarzyszyły siła i odświętność, zaś ostatnim gorycz i poczucie opuszczenia, bezsiły, utraty. W wielu tu prezentowanych wierszach bardzo wyraźnie słychać ową nutę męskiej utraty i poczucie dewaluowania się wartości, rzeczy godnych szacunku i miana oparcia. Różne może być natężenie żalu i "wysokość lamentu", ale brzmią one stale w tle niektórych utworów tej generacji lubuskich poetów. Nostalgia jest tu rzadko jadowita, zimno ironiczna czy gorzka, postrzegam ją raczej jako pastelową, refleksyjną i zrównoważoną. Tak jak w tym wręcz modelowym dla "lubuskiego autentyzmu" wierszu Czesława Sobkowiaka pt. Lampa, gdzie właściwie w żadnym miejscu nie pada słowo skargi, a skarga (wręcz metafizyczna) tkwi przecież w podziemnych pokładach wiersza. Wspomnienie rodzinnego domu jest tu pretekstem do rozmyślań na temat "psującego się czasu", do wykazania, że coś złego dzieje się z "obrotami wielkich kół".
Śmigielski szuka ratunku w świadomości dziecka. To ono może jeszcze odczarowywać niedoskonałości mnożące się na każdym zakręcie naszego dorosłego życia. To z nim związana jest pewna idealna projekcja wymazania niegodziwości i rozjaśnienia horyzontu życia. Tak jakby można było - w dziecku, przez dziecko - zacząć od nowa, z całym impetem starej świadomości szukającej nowego, czystego spełnienia.

(...)
będę dla ciebie hodował róże w ciepłym
akwarium
karmił sarny na śnieżnym wybiegu
nawoływał ptaki w przestrzeń parapetu
otwierał parasol przed złotym deszczem
odstawiał naczynie po gorzkim napoju
odpowiadał na cudowne listy clowna
czuwał na niewiernym posterunku
wyobraźni
szkicował ludzi w ulicznej strudze
zbierał kryształki soli ze skroni żony
opowiadał bajki zasmuconej mamie
chował w kieszonce kropelki ludzkiej krwi

przyniosę ci pod bramę koszar pół litra
wódki

Poezja lubuska jest prostolinijna. Dzieją się w niej rzeczy typowe. W typowy sposób magiczne. Zaklinanie czasu, przemijania. Próby rozliczania się z własnym doświadczeniem.
A najważniejszym doświadczeniem dla poety jest sam akt uczestnictwa w byciu. Dlatego zaklina się sentymentalnie dzieciństwo, dlatego ciągle się do niego powraca. Do kolebki postawy, kuźni świadomości. Co ciekawe, omawiani przeze mnie poeci są tego doskonale świadomi. Eugeniusz Kurzawa nazywa, co prawda w nieco innym kontekście, ten magiczno-liryczny proceder zatrzymywania czasu swoistą "religią" i pisze wprost:

***
unieruchamiam czas
powtarzam ten zabieg
z pompatyczną wiarą w jego sens
przez siebie i proroków tej religii
wcześniej ustalony
przez siebie i proroków tej religii
wcześniej ustalony

choć wszystko we mnie pisze
nie wiem
ile zdołam zatrzymać wokół
krąży szatan zapomnienia siejący zabobon
jakoby wszystko było płynne
triumfująco wlewam to w siebie
i zatrzymuję

Ile może unieść wiersz, ile da się w nim zatrzymać na przekór nietrwałości i relatywizmowi? Dlatego w tych wierszach tęskni się i wraca, wspomina i zaklina; odbywa się pierwotny proceder u t r w a l a n i a. Wszystkie wydają się uczestniczyć w terapeutycznym procesie odradzania się czasu, oczyszczania się doświadczenia z szumów i brudów, z rzeczy zbędnych, to znaczy artystycznie, poetycko nie bardzo nośnych.

(...)
młodość spadła na mnie jak wiosna
odmroziłem więc sobie uszy i zrobiłem pięć
błędów
na maturze pisząc o roli chrześcijaństwa
w kulturze polskiej
było coraz chłodniej i na wszystko
brakowało czasu
ale zdążyłem zrozumieć
że żyjąc najdłużej i więcej poznając słów
coraz mniej znam odpowiedzi
na najprostsze pytania
tylko w chwilach wielkiej rezygnacji
przypominam sobie
groźne milczenie różańca oplatającego
dłonie
człowieka któremu nic szczególnego
nie przydarzyło się w życiu

Cytowany fragment wiersza Czesława Markiewicza wpisuje się we wspólny krąg doświadczenia pokoleniowego i jednocześnie metafizycznego, w ogólną atmosferę opuszczenia i oszukania, a także w coś, co można by nazwać klimatem żalu i niespełnienia. Tak jakby dodatkowo na kształcie niektórych wierszy poetów lubuskich kładł się cień odsunięcia, gorycz peryferyjności, poczucie własnej nieistotności. Mam nadzieję, że się po prostu mylę, że błędnie odczytuję coś, co może jest właśnie afirmacją outsiderstwa i stania z boku.
Zdaje się, że takich kompleksów nie ma następna generacja lubuskich poetów. Być może tego rodzaju stany świadomości pojawiają się po czterdziestce i towarzyszą następnej fazie życia, z wysokości której patrzy się na młodość, jak na nieco infantylną, straconą (nie w pełni wykorzystaną) część żywota. Osad goryczy, nostalgii, egzystencjalnej zadumy tak charakterystyczny dla lubuskich "roczników pięćdziesiątych" przeistacza się u młodszych w nastroje bardziej zdobywcze, ekspansywne i witalistyczne. Dodatkowo wiążę się z tym odejście od egzystencjalnej dosłowności w stronę form kulturowo bardziej pojemnych, symbolicznych i archetypicznych. Jeżeli tu pojawiają się wątki metafizyczne, to bez tej otoczki zgorzknienia i poczucia utraty. Młodzi jeszcze wierzą w szczęśliwe rozwiązania, w możliwość kariery, w cud życiowego i literackiego zaistnienia. Może zresztą myślą już inaczej, bardziej w duchu tezy profesora Sławińskiego o "zaniku centrali". Spełniają się literacko i życiowo na miejscu, wierząc, że jest ono centrum świata. Jakoś nie tęsknią za Warszawą czy Krakowem. Są u siebie. I realizują się w granicach swojej literackiej enklawy, nie czując szczególnego żalu za brakiem odgórnych "namaszczeń centralnych". To niewątpliwie inna już mentalność. Inne myślenie o wartościach i hierarchiach w kulturze. Z tej grupy twórców najbardziej znaną postacią jest Krzysztof Fedorowicz. Może nie wspomina się o nim zbyt często przy okazji omawiania dorobku tzw. "roczników siedemdziesiątych", ale wynika to z faktu, że jest twórcą niezwykle oszczędnym w medialnej ekspresji i nie pcha się na afisz z byle powodu. Drukuje rzadko, nie bywa na literackich imprezach, nie bierze udziału w pokoleniowych dyskusjach. Muszę przyznać, że te kilka wierszy Fedorowicza jest ozdobą antologii. Zrobiły na mnie największe wrażenie. Taki stopień kondensacji poetyckiej, szczęśliwy stop wizyjności i analitycznej precyzji zdarza się niezwykle rzadko i cechuje - jak sądzę - talenty największej próby. To poezja dla nielicznych i przy tym bardzo odległa od poczciwych tropów autentystycznych spotykanych w większości wierszy twórców lubuskich. Mamy chyba do czynienia ze świadomym podjęciem tradycji Rilkeańskiej prześwietlonej tu światłem wiersza awangardowego (wskazywałbym na linię Zbigniewa Bieńkowskiego). Dodatkowym rysem charakterystycznym światopoglądu twórczego Fedorowicza jest osadzenie wizji w granicach lokalnego świata traktowanego jako kulturowy matecznik. Tym samym w niektórych wierszach (a jeszcze bardziej w prozie) autor ten naprawdę niebanalnie wpisuje się w nową tradycję literatury "korzennej", w kanony opisywania "małej ojczyzny". Robi to niezwykle finezyjnie, nie ulegając przy tym pokusom zbyt łatwej autobiograficzności. Gdy więc na wstępie stawiałem pytanie, gdzie jest lubuski Stasiuk czy Tokarczuk, to w tym miejscu muszę odpowiedzieć, że nazywa się Fedorowicz i jeśliby znalazł w sobie trochę innego typu energii (nie tylko liryczną i metafizyczną) to bardzo szybko z biciem w bębny zaistniałby w obiegu ogólnopolskim.
W ostatniej części antologii prócz wierszy Fedorowicza znalazły się teksty Zygmunta Kowalczuka, Doroty Kozanowskiej, Roberta Rudiaka, Jacka Katosa Katarzyńskiego, Agnieszki Kopaczyńskiej-Moskaluk i Macieja Zdziarskiego. To są najmłodsi twórcy lubuscy. I tu miałbym niejakie obiekcje, bo zdarza mi się widywać na łamach prasy literackiej wiersze o wiele młodszych autorów pochodzących z Ziemi Lubuskiej (np. Jacek Uglik, Konrad Wojtyła). Rozumiem jednak, jakimi prawami rządzi się wybór tekstów do antologii i wiem, że nie zawsze da się przedstawić wszystkich zainteresowanych miejscowych twórców. I ten odczuwany przeze mnie brak niebawem zostanie nadrobiony. Bowiem wierzę głęboko, że już, żywiołowo i spontanicznie, pisze się apendyks do naszej antologii. Pisze go samo życie, wysyłając w życiowy i historycznoliteracki bój następne roczniki.

 
 
Projekt i wykonanie: Piotr Ziembicki