Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. C. Norwida w Zielonej Górze

   
Strona główna
Od redakcji
Spis treści
Debiuty
Recenzje
Archiwum
 
 
 

ANDRZEJ ZAWADA

 
 
Cultura
 

Każdemu człowiekowi potrzeba ojczyzny, nie takiej w rozumieniu prymitywnych patriotów pieśni czy religii, mdłego przedsmaku ojczyzny na tamtym świecie, nie, ojczyzny, która ziemię, pracę, przyjaciół, wytchnienie i duchowe przestrzenie łączyłaby w naturalną składną całość, we własny kosmos. Najdoskonalszą definicją ojczyzny jest biblioteka.

Elias Canetti, Auto da fé
(przeł. Edyta Sicińska)

Dolny Śląsk rozwijał się i przekształcał przez stulecia poza granicami polskiego państwa i żył poza życiem Polski, chociaż wciąż miał z nim nadspodziewanie wiele wspólnego. Po drugiej światowej wojnie przyjęliśmy tę ziemię jako część naszego narodowego terytorium, z upływem czasu część coraz bardziej oczywistą, mało świadomi społecznej, kulturalnej, historycznej, krajobrazowej i ekonomicznej odmienności tego oryginalnego i samodzielnego regionu Europy.
Instynkt trwania nakazywał polskim kresowym przesiedleńcom, wojskowym osadnikom, mniej czy bardziej dobrowolnym imigrantom i energicznym szabrownikom nie wnikać w sens niemieckich napisów i książek, nie zamyślać się nad charakterem architektury, przeważnie zresztą istniejącej w postaci rumowisk, nie kontemplować specyfiki krajobrazu. Przeciwnie, instynkt zachowania psychicznej i narodowej równowagi podpowiadał, by ignorować to wszystko, zacierać, upodobniać do wcześniej znanych kształtów, oswajać i polonizować. W tym względzie, bodaj jedynym, prawa życia zgodne były z geopolityką, z czego wynikało niewątpliwe wzmocnienie działań polonizacyjnych i eksponowanie jednego tylko fragmentu przeszłości tej krainy - średniowiecza. Dzięki czemu w pierwszej kolejności podniesiono z ruin wspaniałe kościoły gotyckie.
Ale nie tylko miejski gotyk, niebosiężny i okazały, jest ważny historycznie i psychologicznie. Duch wieje, kędy chce. Jak wiadomo, szczególnie mocno czuje się ten powiew w górach.

Góry nie tylko olbrzymie

Stolnik żmudzki Teodor Billewicz i książę podkanclerzy litewski Michał Kazimierz Radziwiłł, podróżując przez Śląsk i z ciekawością mu się przyglądając, dotarli aż na Śnieżkę, co stolnik odnotował, dając w ten sposób jeden z pierwszych opisów Karkonoszy. Było to w roku 1677, w siedem lat zaledwie po zakończeniu wyniszczającej Polskę wojny ze Szwecją, w cztery lata po bitwie pod Chocimiem, a na sześć przed wiktorią wiedeńską, w stuleciu, które szerzej i poprawniej kontynuowało XVI-wieczne zainteresowanie geografią. Podróżnicy mogli już mieć do dyspozycji którąś z map ziem polskich, obejmujących również Śląsk. Wzoru dostarczała przede wszystkim mapa Bernarda Wapowskiego (1507, 1526), korzystali z niej kartografowie Wacław Grodecki (1562, 1570) i Andrzej Pograbka (1569). Istniało też kilka map niemieckich, za Wapowskim podających polskie nazwy Odry i Nysy. Mapę Śląska i Sudetów, choć bardzo umowną, zawierało też sławne w swojej epoce dzieło Cosmografiae universalis Libri VI, wydane w roku 1544 w Bazylei.
Jest również prawdopodobne, że nasi podróżnicy dysponowali mapą Śląska sporządzoną przez rektora Martina Helwiga, wydrukowaną w Nysie w roku 1561. Mapa ta, orientowana na południe i dla nas nieco może przez to myląca, ciasno jest zapełniona kopczykami gór i pagórków, ale, prócz realistycznie zróżnicowanych sylwetek miast, zawiera oznaczenia wiosek, zamków i klasztorów. W okolicach zaś Śnieżki autor umieścił sylwetkę wyobrażonego jako gryfokozła z jelenim porożem Ducha Gór, opatrując go podpisem: Rübenczal. Przywołany tu wyżej Stęczyński nazywa go w swoim poemacie Rzepoliczem. Dzisiejszy jego wizerunek, postawnego mężczyzny z długą brodą i kosturem, zwanego Liczyrzepą, w niezliczonych wariantach sprzedaje się w Karpaczu i Szklarskiej Porębie jako pamiątkę turystyczną.
Możliwe także, że zapoznał się stolnik żmudzki z którąś z pierwszych prac o Śląsku, jak cenione jeszcze w następnym stuleciu dzieło cieplickiego lekarza Caspara Schwenckfelda (1563 - 1609) pt. Silesiae geographica delineatio brevis (1613), czy może niedawno, bo w roku 1670 wydany opis Karkonoszy z poradami dla turystów, Christiana Gryphiusa Beschreibung des von ihm selbst erstiegenen Riesengebirgs. Riesengebirge to Góry Olbrzymie; tę nazwę w dwu ubiegłych stuleciach podawały również niektóre polskojęzyczne przewodniki, określając nią, za niemieckimi, najwyższe pasmo Sudetów. Caspar Schwenckfeld wyjaśniał (1608), że nazwa ta pochodzi nie od potężnej, jaką się wówczas wydawała, miary tego łańcucha górskiego, lecz od zamieszkującego tam plemienia olbrzymów, co w swojej monografii Śląska przytacza Joseph Partsch. W codziennej mowie Słowian utrzymywała się nazwa Karkonosze (Krkonoše), a wywoływany już tutaj ich duch nazywał się także Karkonosz (Krkonoš), Rzepiór, Rywecal i Rybecal (Rübezahl).

W XVII wieku Karkonosze, a szczególnie Śnieżka i jej sąsiedztwo, stawały się górami turystycznymi bodaj najmodniejszymi w Europie - były na to wystarczająco malownicze i nieznane oraz, w przeciwieństwie do np. Alp - nie tak trudne, dzikie i niebezpieczne. Toteż dla podróżników ze środkowej części kontynentu, a zwłaszcza z krajów niemieckich, zaczęły stanowić samoistny cel wędrówek, a Śnieżka, jak pisze znawca tych gór, Marek Staffa, "w XVIII wieku na pewno należała do najliczniej odwiedzanych szczytów w Europie" (Karkonosze, 1996, s. 150). Tutaj tworzyły się formy skomercjalizowanej turystyki górskiej, które następnie odwzorowywano gdzie indziej. Nie przypadkiem pierwsza kartka pocztowa przedstawiająca Śnieżkę wydana została w roku 1873, w cztery lata po wynalezieniu tej postaci korespondencji.
W obecności zatem księcia Radziwiłła i stolnika żmudzkiego na Śnieżce nie ma nic niezwykłego, choć są oni tu jednymi z pierwszych znacznych turystów, którzy gremialnie przybywać zaczną w następnym i w XIX stuleciu. Po włączeniu Śląska do królestwa Prus Śnieżka będzie przecież jego najwyższym szczytem, a Karkonosze i Kotlina Jeleniogórska staną się ulubionym miejscem wakacyjnym arystokracji, szlachty, zamożniejszego mieszczaństwa i artystów. W Mysłakowicach stanie letnia rezydencja królewska, w Wojanowie pałac królowej Luizy Niderlandzkiej, córki Fryderyka Wilhelma III. Schaffgotschowie, historyczni panowie tej ziemi, będą teraz sąsiadować z rodziną królewską oraz książęcymi i hrabiowskimi rodami Redenów (Bukowiec), Reussów (Kowary, Staniszów), a także Radziwiłłów (Ciszyca, w pobliżu Kowar). Po Radziwiłłach pałacyk w Ciszycy przejmą Czartoryscy i pozostaną tam aż do roku 1927.
Wraz z pojawianiem się w Karkonoszach ludzkich oczu poszukujących piękna natury pojawiły się i ręce próbujące to piękno utrwalać. Długi szereg pejzażystów otwierają Czesi, Anton Balzer z Pragi (1771 - 1807) i Karel Postl (1769 - 1818), absolwent wiedeńskiej akademii sztuki. Zaraz za nimi idą Niemcy: Sebastian Carl Christoph Reinhardt, Friedrich Frégeviz, Philipp Anton Bartsch, Daniel Berger, Adrian Zingg, Friedrich Gottlieb Endler. Większość z nich to graficy, których prace rozpowszechniane były zarówno w postaci pojedynczych widoków, jak i albumów. Wszyscy oni tworzyli na przełomie XVIII i XIX, lub w pierwszej połowie XIX wieku. Do najlepszych z tego okresu należą też prace, których autorem był Christoph Nathe. Romantyzm przyciągnął w te góry malarzy, którzy potrafili na sto lat narzucić sztuce ich wizerunek. Pierwszym i nadzwyczaj sugestywnym, a także modnym, stał się Caspar David Friedrich (1774 - 1840). Jego uczniami byli m.in. Carl Gustav Carus, August Kopisch, Ludwig Richter.
Krajobraz karkonoski stał się jednym z ulubionych motywów tematycznych niemieckiego malarstwa romantycznego i neoromantycznego, a wpływ tej szkoły utrzymał się aż do lat trzydziestych XX wieku. Wśród jej najlepszych, inspirujących twórców byli mieszkający w Przesiece Adolf Dressler (1832 - 1881) i pochodzący z Bolesławca Theodor Blätterbauer (1823 - 1906), obaj cieszący się wielkim uznaniem współczesnych. Do kontynuatorów ich stylu zaliczają się m.in. Paul Linke (1844 - 1917) i Carl Ernst Morgenstern (1847 - 1928). Obszerną serię grafik i akwarel dokumentujących zarówno pejzaż karkonoski jak styl życia oraz tradycyjne zajęcia tutejszych rzemieślników stworzył Erich Fuchs (1890 - 1983), bodaj ostatni z tego długiego szeregu artystów sudeckich. Fuchs, mieszkający najpierw w Przesiece a później w Podgórzynie, wyjechał do Niemiec w roku 1948. Jedynym polskim malarzem Karkonoszy był Bogusz Zygmunt Stęczyński (1814 - 1890), który wykonał serię ilustracji do swego poematu opisowego pt. Śląsk.
Artystów pociągała uroda Sudetów i swoista pierwotność, czy może naturalność życia ich mieszkańców, trudniących się zresztą w znacznym stopniu rzemiosłem. Powszechnym zajęciem na Przedgórzu Sudeckim było tkactwo, a zajmowano się również stolarką, ciesiołką, wytwarzaniem gontu, wyplataniem koszyków. Rozwijało się szklarstwo, snycerstwo, lutnictwo. Do rolniczej specyfiki regionu należała hodowla kóz. Karpacz i jego okolice słynęły we wszystkich krajach niemieckich ze znakomitych zielarzy i medyków, leczących siłami natury. Kolejne generacje zielarzy, zwanych tutaj laborantami, uczyniły z regionu centrum medycyny naturalnej i przyrodolecznictwa, rozwijające się znakomicie aż do połowy XIX wieku, kiedy to laborantów pokonała zorganizowana kampania prawna wytoczona im, jako zbyt silnej konkurencji, przez dyplomowanych lekarzy. Zielarze, nieustannie wędrujący po Karkonoszach w poszukiwaniu leczniczych roślin, inicjowali i współtworzyli wiedzę o karkonoskiej florze. Po ich śladzie wyruszali uczeni przyrodoznawcy, jak choćby wspomniany już Schwenkfeld, czy poprzedzający go Wacław Koler (Köhler), znany jako Antraceus lekarz, humanista, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, urodzony koło Kowar. Powstawały liczne zielniki, tworzone do użytku praktycznego, dające jednak, w XIX wieku, podstawę do szerzej adresowanych publikacji. Sudety, a Karkonosze w szczególności, bardzo wcześnie stały się najlepiej i najczęściej opisywanym obszarem Śląska.
Może najmniejszy udział miała w tym opisywaniu literatura piękna, choć i ona, w ślad za malarstwem, przyczyniła się utrwalenia romantycznego wizerunku Sudetów. W niewielkich i do dziś zachowujących charakter śródleśnej osady Borowicach zamieszkał poeta Max Heinzel (1833 - 1898). W Przesiece tworzył prozaik i dramaturg Hans-Christoph Kaergel (1889 - 1946), w Szklarskiej Porębie mieszkali Hermann Stehr (1864 - 1940) i Wilhelm Bölsche (1861 - 1939), wybitny przyrodnik i filozof. Tu także miał swój dom wspominany parokrotnie geograf Joseph Partsch. Lecz bodaj najwięcej sławy przysparzali Szklarskiej Porębie bracia Gerhart i Carl Hauptmannowie. Gerhart, wybitny dramaturg, laureat literackiej Nagrody Nobla (w r. 1912), autor słynnych Tkaczy, tłumacz Chłopów Reymonta, przeniósł się na początku stulecia do Jagniątkowa. Zmarł tam w roku 1946 jako człowiek 84-letni, w samym środku dramatycznej "akcji" wysiedlania. W neogotycko-secesyjnej, czy może raczej zbudowanej w stylu "jugend" willi pisarza mieści się od lat dom dziecka. Wąską i krętą górską drogą podjeżdżają tam nieustannie autokary z niemieckimi turystami. Już czas, by przekształcić ten dom w miejsce regionalnych, polsko-czesko-niemieckich spotkań pisarzy i intelektualistów. Niechby ów nieduży pałacyk z narożną basztą, spoglądający w kierunku Śnieżnych Kotłów i Szrenicy, stał się w duchowym krajobrazie Sudetów i Śląska centrum lokalnego czyli uniwersalnego, ponadnarodowego patriotyzmu. Polscy pisarze, jeżeli znaleźli się w XIX wieku na Śląsku i w Sudetach, to jako turyści, toteż najczęściej sporządzili krótkie relacje z podróży w listach słanych do przyjaciół lub do gazet. Poza wspomnianym już poematem opisowym Stęczyńskiego nie znajdziemy większych utworów. Próbowano nadrobić tę "zaległość" zaraz po II wojnie, kiedy zachęcano do osiedlenia się w Karkonoszach literatów, których ta wojna uczyniła bezdomnymi. Zjawili się tu m.in. Jan Koprowski, dawny współtwórca "Czartaka" Edward Kozikowski, satyryk Jan Sztaudynger. W Jeleniej Górze utworzono nawet oddział Związku Zawodowego Literatów Polskich, ale na krótko. W malowniczym Zachełmiu osiadł w roku 1947 kompozytor Ludomir Różycki, zmarł jednak już w roku 1953. Administracyjnie przyspieszana próba wprowadzenia śląskiego krajobrazu - zewnętrznego i wewnętrznego zarazem, bo jest to jedność - do literatury i sztuki nie powiodła się, nie pomogły sugestie i organizacyjna aktywność polityki w dziedzinie kultury.

Enklawą, w której spontaniczna twórczość kulturalna trwała nieprzerwanie oraz przynosiła i przynosi rezultaty, w postaci wystaw, koncertów, książek, festiwali teatralnych i literackich - jest Kłodzko. Nie sposób pobieżnie i skrótowo znaleźć odpowiedź na pytanie o źródło tej energii, której zabrakło w innych miejscach regionu. Być może nie wyschło ono jak inne dlatego, że bogate jest w pierwiastek czeski, do którego powojennym osadnikom o wiele było duchowo bliżej niż do niemieckiego, a naturalna potrzeba kontynuacji, gdzie indziej zablokowana, znajdowała w nim przyzwolenie i uzasadnienie.
Dopiero w latach 90. możemy obserwować przenikanie egzystencjalnego doświadczenia dolnośląskiego do powszechnej kultury artystycznej - świadczy o tym zarówno twórczość młodszych, przez tutejszy krajobraz ukształtowanych pisarzy (Olga Tokarczuk, Karol Maliszewski, Robert Gawłowski...), jak pojawienie się elementów regionalnych w twórczości starszych, czego dobitnym przykładem może być poemat Tadeusza Różewicza Gawęda o spóźnionej miłości.
Opisywanie Dolnego Śląska było zatem dotychczas w małym stopniu udziałem literatury i bogata swoistość tego obszaru z trudem dociera do świadomości nie tylko mieszkańców innych ziem Polski, ale i samych Dolnoślązaków. Dla jednych i drugich odmienność tutejszego krajobrazu wciąż jeszcze pozostaje, choć w różnym stopniu, wyrazem przezwyciężanej lub ignorowanej obcości, rzadziej podziwu czy pragnienia, by uznać go za krajobraz swojego życia. Temu ostatniemu dążeniu właśnie literatura może pomagać najlepiej, bowiem potrafi odsłonić przed wzrokiem czytelnika ukryte warstwy egzystencjalnej geologii.

Pamięć niepamięci czy wiedza o niewiedzy?

Tylu tu było artystów, pisarzy, myślicieli, sprawiedliwych świadków historii i cierpliwych sprawozdawców istnienia... Pamięć o nich wciąż jest uśpiona. Uśpiona pamięć to niepamięć.
We wrocławskim kościele Św. Macieja ma swój grób Angelus Silesius, Anioł Ślązak, barokowy poeta mistyczny, którego uważnie czytał Adam Mickiewicz. Silesius miał bliskie korzenie polskie. Jego ojciec, patrycjusz krakowski Stanisław Scheffler, pochodził z matki Felicji Dembińskiej i ożenił się z Anną Wilczek (lub Wołczek - źródła niemieckie nie są tu zbyt skrupulatne). We Wrocławiu ożenił się po raz drugi, z Marią Hennemann i ich synem był właśnie Johannes, urodzony w Boże Narodzenie roku 1624. Pisał po niemiecku, został starannie wykształconym w Strasburgu, Lejdzie i Padwie lekarzem i filozofem. Na dworze księcia oleśnickiego zetknął się z kręgiem śląskiego mistycyzmu. W 1653 r. wrócił do Wrocławia, przeszedł na katolicyzm, przybrał imię Johannes Angelus. Wyświęcony na księdza, stał się gorliwy nie tylko w piśmie, ale i w czynach, skoro w roku 1661 prowadził procesję, dźwigając na plecach krzyż. Spod korony cierniowej spływała mu krew, a protestanci opluwali go i drwili zeń.
Jako istoty wyposażone w pamięć, uważamy niepamięć za winę. Jednak jest inaczej w tym, czyli naszym dolnośląskim przypadku. Nie możemy pamiętać przeszłości, którą nie nasi tworzyli przodkowie. Vehiculum pamięci jest język.
Nie o niepamięć możemy się więc obwiniać, lecz o niewiedzę.
Wrocławianinem był Dietrich Bonhoeffer, ewangelicki pastor i teolog, którego kazania o faszyzmie i pisma etyczne uczyły moją generację obywatelskiego nieposłuszeństwa. A ich autora doprowadziły w roku 1945, na miesiąc przed klęską Hitlera, na szubienicę. Jego twórczość stała się odkryciem młodego pokolenia Polaków w pierwszej połowie lat siedemdziesiątych.
Na krótko przed dniem, w którym urodził się przyszły poeta Angelus, umarł Jakob Böhme, genialny szewc ze Zgorzelca. Ten ubogi rzemieślnik doznał pewnego dnia iluminacji i przez następnych dwadzieścia lat napisał szereg rozpraw i traktatów, zwalczanych, a jakże, przez protestancki Kościół. W lipcu 1613 na rynku w Görlitz zapłonął nieduży stos rękopisów szewca. Po kilkuletnim, surowo nakazanym milczeniu, szewc wrócił do pisania. Jego Weg zu Christo znalazła już możnych protektorów, zrobiła wielkie wrażenie na dworze w Dreźnie. Młody Mickiewicz przeczytał także pisma Böhmego. W Bolesławcu, zwanym wówczas Bunzlau, dziś znanym przede wszystkim z urodziwej kamionkowej zastawy stołowej, urodził się Martin Opitz. Był synem rzeźnika. Wyrósł na wielkiego poetę, obrońcę literackiej niemczyzny. We Wrocławiu, gdzie przez siedem lat sekretarzował księciu Hannibalowi von Dohna, opublikował - jako człowiek zaledwie 26-letni - sławną Księgę o poetyce niemieckiej, mającą dla literackiej niemczyzny przełomowe znaczenie. Przodkowie Opitza nazywali się Opeć, Opicz, Opetz, Oppecz, zatem pisownia i tego nazwiska, jak wielu innych nazwisk i nazw, odzwierciedla proces typowych dla regionu przekształceń kulturowych. Pisarzowi nadano tytuł szlachecki i nieco zabawne nazwisko von Boberfeld, od rzeki Bóbr (Bober), nad którą leży Bolesławiec. Współcześni obdarzyli też poetę znamiennym dla stylu epoki tytułem "Łabędź Bobru".
Z Wrocławia poeta przeniósł się do Torunia, a stamtąd do Gdańska na dwór polskiego króla Władysława IV, który uczynił Opitza swym historiografem, a następnie sekretarzem. Poeta chwalił sobie ten los, a spod jego pióra wyszły panegiryki na cześć króla, Anny Wazówny, a także możnych - Bogusława Radziwiłła, Rafała Leszczyńskiego, Tomasza Zamoyskiego. Zmarł w Gdańsku podczas epidemii dżumy, w roku 1639, w wieku 42 lat. Siedząc w bolesławieckiej kawiarni "Pod Złotym Aniołem", gdzie ma się nad głową stare żebrowe sklepienie a pod stopami chłód kamiennej posadzki, wypatrywałem przez okno sylwetki Opitza, która mogłaby się wysnuć z jesiennej mgły. Wydawało mi się, że przez chwilę widziałem go, jak nadchodzi od strony ulicy Hanki Sawickiej.
Spuśćmy zasłonę miłosierdzia na naszą narodowościową małoduszność. Zresztą nie mniejszą spotkalibyśmy po zachodniej stronie Odry i Nysy. Przez kilkadziesiąt powojennych lat nietolerancja ta była konieczna, by czas mógł naprawdę zaleczyć polskie rany. Z pewnością do ich gojenia nie bardzo nadawali się nowi patroni ulic, ci sami w Bolesławcu, co w kilkuset innych miastach Polski. W rezultacie dokądkolwiek człowiek przyjechał, błądził wśród takich samych betonowych bloków opatrzonych wszędzie tymi samymi adresami. Czuło się, co to znaczy być w Polsce, czyli nigdzie. Hanka Sawicka miała tyle samo wspólnego z Bolesławcem, co z Częstochową, Białymstokiem, Szczecinem, Sandomierzem. Tyle samo, co Jan Kochanowski z Wrocławiem, Stanisław Wyspiański z Jelenią Górą, Jacek Malczewski z Legnicą.
Niech już ulice Kochanowskiego, Malczewskiego, Wyspiańskiego zostaną tu z nami, bośmy na nich wyrośli, bo utrwaliły się na naszych duchowych mapach dolnośląskiej okolicy. Ale na miejsce Hanki Sawickiej i Janka Krasickiego niekoniecznie muszą przychodzić Chrobry i Jagiełło, Roman Dmowski, Józef Haller.
Za wcześnie też na kombatanckie Aleje "Solidarności". Niech raczej powrócą poeci, jak Martin Opitz, który w Bolesławcu rzeczywiście zastąpił Janka Krasickiego i jak Angelus Silesius, który ma swoją uliczkę we Wrocławiu. Niech powrócą filozofowie Jakoub Böhme i Dietrich Bonhoeffer, pisarze Max Heinzel i Karl von Holtei, malarze Adolf Dressler i Theodor Blätterbauer. Ten ostatni też urodził się w Bolesławcu.
Literatura od dawna uczyła nas śmiać się z takiego chłopstwa, rzekomo ciemnego, które na pytanie państwowych urzędników nie potrafiło określić swej narodowości. Polak, Niemiec, Prusak, Rusin? Nie - odpowiadała opisywana pobłażliwie postać - ja nie jestem Polak ni Rusin, nie Prusak, nie Niemiec. Ja tutejszy. - Ach, ileż to było zabawy z tak pierwotnego przykładu ciemnoty.
Architekci, którzy odbudowywali po ostatniej wojnie Wrocław i inne miasta śląskie, zrekonstruowali nie tylko średniowieczne, "piastowskie" kościoły, ale także wiele zabytków i pamiątek późniejszych, od renesansowych po klasycystyczne. Ratowali, łatali, naprawiali nawet okropny pruski styl, w jakim wznoszono szkoły, szpitale, koszary, więzienia i urzędy na przełomie XIX i XX wieku. Prawda, że tam, gdzie były całe kwartały ruin, zmieniano wygląd dzielnic, budując domy proste i współczesne. Ale tak dzieje się nie tylko na Dolnym Śląsku i nie tylko w Polsce. Szacunek dla przeszłości nie oznacza biernego historyzmu. Projektując banki i mieszkalne "plomby", siedziby firm i domy tzw. jednorodzinne, architekci inspirują się miejscową tradycją, nawiązują do charakterystycznych proporcji, trzymają się dominującej tu kolorystyki i stosują typowe materiały. Dyskretnie stylizują, tak, że wyłamanie się z tej tendencji, jakim jest np. grupka bacówek podhalańskich w Podgórzynie, u podnóża Karkonoszy, razi pretensjonalną obcością, jak nazwisko Hanki Sawickiej na szeregu barokowych, śląskich kamienic. Mądrzy architekci postępują jak owi naturalnie odpowiadający na pytanie urzędników ludzie. Szanują determinizm miejsca.
Oczywiście miło jest czytać o tym, że we Wrocławiu spotykał się z matką wielki romantyczny polski poeta Juliusz Słowacki, że bywał tu słynny w swojej epoce powieściopisarz Józef Ignacy Kraszewski, że często się tu zatrzymywał Zygmunt Krasiński... Wiemy, że uważnie podróżował po Śląsku Wincenty Pol, że wnikliwie obserwował specyfikę Śląska Hugo Kołłątaj. Pamiętamy o tym, jako o jednym z dowodów na nieprzerwaną obecność Śląska w polskiej świadomości. Ale to są jednak drobiazgi, epizody, niemalże towarzyskie plotki. Chopin, Mickiewicz, Słowacki, Norwid latami mieszkali w Paryżu, i choć może nawet Paryż stał się przez to trochę polski, to tylko w naszych oczach. Angelus Silesius, Opitz, Bonhoeffer, Dressler, a także Ferdynand Lassalle, Max Born, Theodor Mommsen, Gerhart Hauptmann są tutaj naszymi prawdziwymi poprzednikami. Są nimi książę Henryk Pobożny i Henryk VI, obecni tuż za ścianą sali, w której prowadzę wykład. Jest też Karol von Holtei, bardzo płodny literat XIX wieku, autor wielu polonofilskich sztuk teatralnych, zresztą poza Śląskiem mało znany. Jest Samuel Bandtkie, dyrektor Gimnazjum Św. Ducha, literat i publicysta, nauczyciel języka polskiego, autor nowatorskiej monografii Śląska. Są Kornowie, znana rodzina księgarzy i wydawców, których firmę, istniejącą od roku 1732, unicestwił dopiero rok 1945. Przeniesiona do Niemiec, nie powtórzyła swojej śląskiej potęgi. Jest twórca świetności wrocławskiej slawistyki w zeszłym stuleciu i pod koniec tego stulecia rektor uniwersytetu Władysław Nehring, twórca polonistyki jako odrębnego kierunku studiów. Jest Wojciech Cybulski, poprzednik Nehringa, w połowie XIX wieku profesor języków i literatur słowiańskich, którego grób zniszczył polski buldożer na początku lat siedemdziesiątych wieku XX. Jest Michael Willman, największy malarz śląskiego baroku, po latach pracy we Wrocławiu osiadły w klasztorze w Lubiążu. Wymieniam z imienia niewielu, paru spośród tych, o których już trochę pamiętamy. O wielu innych trzeba nam jeszcze sobie przypomnieć.
Chodzę ulicami dolnośląskich miast. Przeglądam mapę Wrocławia, porównuję w pamięci zmiany. Widzę, jak utrwala się na niej współczesność, zmieniając się w przeszłość. Przybyły ulice Tadeusza Mikulskiego, który tworzył współczesną wrocławską filologię, moich profesorów Jerzego Cieślikowskiego i Stanisława Rosponda, Dygata i Hłaski, którzy tu trochę przemieszkiwali. Jest plac Ludwika Hirszfelda, jest ulica Andrzeja Waligórskiego, będzie miał swój zaułek Jerzy Grotowski. Przybyły ulica Edyty Stein, wrocławianki i plac Maxa Borna.
Zaraz po wojnie pisała Anna Kowalska o pracowitym nakładaniu na dotychczasową mapę Wrocławia mapy nowej, z zaznaczanymi śladami polskości. Gdzieś w latach osiemdziesiątych, może trochę wcześniej, zaczęliśmy też rysować kolejną, naszą własną mapę historyczną Dolnego Śląska i pracy tej jeszcze do końca bardzo daleko. Tymczasem przybywa jeszcze jedna warstwa - przeszłości powojennej.
Im lepiej się wszystkie one będą zrastać, tym bardziej poczujemy się tutejsi.

*Fragmenty przygotowywanej
do druku książki pt.
Dolny Śląsk. Ziemia spotkania

 
 
Projekt i wykonanie: Piotr Ziembicki